The Last of Us nie jest dla mnie żadnym arcydziełem

| autor: Krzysiek Kalwasiński | Przeczytasz w 5 minut
Zwiększ rozmiar tekstu
The Last of Us nie jest dla mnie żadnym arcydziełem

The Last of Us to gra zaliczana do najwybitniejszych produkcji. Zestawia się ją z wieloma arcydziełami, a nawet wymienia w pierwszej kolejności, gdy mowa o wysokiej sztuce w wirtualnej rozrywce. Nie mogę się z tym zgodzić i uważam, że to krzywdzące w stosunku do gier, które faktycznie zmieniły wspomniane medium na lepsze. 

Do The Last of Us podszedłem z dość dużymi oczekiwaniami. W trakcie poznawania kolejnych przedstawicieli bogatego gatunku gier akcji natrafiłem na wiele interesujących tytułów, w tym co najmniej kilka wybitnych. Opinie, które słyszałem na temat jednego z najsłynniejszych dzieł studia Naughty Dog, wskazywały na to, że jest to przełom pokroju pierwszego Metal Gear Solid czy fenomenalnego Shadow of the Colossus. Produkcja, która wyznaczyła standardy na kolejne lata.

Krytycy i gracze byli w tej ocenie całkiem zgodni. Założyłem więc, że będę miał do czynienia z genialną i przełomową grą. I cóż, przeżyłem rozczarowanie.

The Last of Us jako fabularny mesjasz

Może się wydawać, że narobiłem sobie oczekiwań niemożliwych do spełnienia. Nie o to jednak chodzi – The Last of Us nie weszło w rejony niezbadane przez ludzi tworzących gry. Przynależność do tego medium odgrywa tu znaczącą rolę – poziom, do którego przyzwyczaiły mnie dotychczas poznane arcydzieła, dotyczył nie jednego elementu, a całości. W przypadku The Last of Us o potencjalnej genialności można mówić tylko w odniesieniu do co najwyżej kilku składowych – jedną z nich jest fabuła i wszystko, co z nią związane. Drugą ogólnie rozumiana prezencja.

Wyżej wspomniane elementy funkcjonują poniekąd w parze – mogą nie tylko się „wspierać”, lecz także odwracać uwagę od siebie nawzajem (z przewagą dla wrażeń wizualnych) i ostatecznie sobie szkodzić. The Last of Us dotyczy pierwsza z tych opcji. Stosunkowo prosta fabuła doczekała się iście filmowej formy na wysokim poziomie. Jednocześnie sięgnięto po trudne, dramatyczne motywy, od których przeważnie stroni się w grach wideo – przynajmniej w tych najbardziej rozrywkowych i mieszczących się w głównym nurcie. 

To ma być przełomowa gra? Nie sądzę.
To ma być przełomowa gra? Nie sądzę.

W efekcie można się spotkać z opiniami, że The Last of Us łamie tabu i wkracza w poważniejsze rejony narracyjne jako jedna z pierwszych gier. Nie do końca jest to prawda i nie mówię tutaj tylko o totalnej niszy. Od dawien dawna trafiały się w grach postacie z depresją, skłaniające się ku samobójstwu, a protagonistom zdarzało się umierać, podobnie jak dzieciom. Niech za przykład posłuży leciwe Final Fantasy VI należące do serii, która w niszy nigdy się nie znajdowała – to zresztą jeden z powodów, dla których została dość mocno ocenzurowana. 

A pogłębiające się relacje postaci? Tym elementem twór Naughty Dog był wręcz reklamowany – gloryfikowano uczłowieczenie bohaterów. Tymczasem The Last of Us jest szczególnie nużące m.in. pod względem dynamiki tego aspektu i w niewielkim stopniu wykorzystuje własny potencjał. Trzy lata wcześniej pojawił się NieR (jeden moich ulubionych tytułów), w którym skrajnie odmienne postacie, początkowo bardzo niechętnie do siebie nastawione, w końcu się zaprzyjaźniają. Różnica jednak polega na tym, że ich charaktery zostały należycie uwydatnione i wykorzystane w opozycji do odmiennych osobowości. The Last of Us również to robi, ale zbyt rzadko. Ponadto nie przeprowadza nas przez różne stadia relacji, niektóre z jej elementów rozgrywając poza kadrem i jednocześnie zbyt długo tkwiąc w pewnych jej etapach (tj. wzajemnej niechęci). Tym samym nie jest ciekawym i trafnym studium natury człowieka.

The Last of Us nie ma też wybitnej fabuły. Ta jest co najwyżej poprawna, a ekranizacja HBO tylko to uwypukliła. Całość przebiega według mocno utartego schematu, zaś zakończenie okrzyknięte odważnym wydaje się po prostu jedynym właściwym. Śmiem twierdzić, że sukces tej historii to kwestia olśniewającej formy, na którą niewiele innych tytułów mogło sobie pozwolić. 

Fabuła The Last of Us może skłaniać do zagrania, ale wcale nie jest wybitna.
Fabuła The Last of Us może skłaniać do zagrania, ale wcale nie jest wybitna.

The Last of Us gameplayową biedą

Wychodzę z założenia, że gry jako medium powinny skupiać się przede wszystkim na rozgrywce zamiast narracji. The Last of Us niesione jest fabułą, to w zasadzie jedyny powód, dla którego warto sięgnąć po tę produkcję. Niezbyt korzysta natomiast z tego, że jest grą, gameplay jako taki traktując jako środek do rozwijania opowiadanej historii, a nie niezależny organizm. To główna przyczyna tego, że nie przepadam za dziełem Naughty Dog.

Szczególnie nieciekawa okazuje się tzw. pętla rozgrywki (gameplay loop). Składa się ona z zaledwie trzech elementów, z czego najwięcej eksplorujemy (spacerujemy) i przeszukujemy pomieszczenia. Na dalszym planie pozostają walka i skradanie się, które stoją, niestety, na przeciętnym poziomie. Nie ma tu bowiem niczego, co nie pojawiłoby się już w niezliczonych tytułach o podobnym charakterze, a to, co jest, nieszczególnie różni się od tego, co znamy z produkcji z pierwszego PlayStation – takich jak np. Syphon Filter. W stosunku do klasyki z 98 roku zmieniła się jedynie skala lokacji i tyle.

Od początku denerwują mnie też towarzysze – na szczęście nieśmiertelni, ale zarazem bezużyteczni. Przymus dbania o bezpieczeństwo Ellie byłby czymś, co wzmocniłoby narrację, tak jak miało to miejsce w Ico, na którym twórcy TLoU się wzorowali. No ale deweloperzy postawili na zadowolenie kogoś, kto nie lubi grać. Niską przydatność kompanów szczególnie widać na wyższych poziomach trudności, kiedy od gracza wymaga się trochę więcej. Wtedy nasi sprzymierzeńcy, mimo że potrafią walczyć, zwykle przechadzają się, czekając kilkadziesiąt sekund na wykonanie jakiegokolwiek ruchu.

Pod względem rozgrywki The Last of Us wypada monotonnie.
Pod względem rozgrywki The Last of Us wypada monotonnie.

Charakter rozgrywki może nie byłby tak dokuczliwy, gdyby nie to, że czas potrzebny do jej ukończenia to co najmniej kilkanaście godzin (w moim przypadku 18 na wysokim poziomie trudności). W takiej formie gra po prostu nudzi. 

Gdybyśmy z The Last of Us zabrali fabułę, zostałoby mało porywające łażenie po lokacjach i stosunkowo niewiele sytuacji, w których możemy zrobić użytek ze skradania się czy kilku posiadanych gadżetów. Tak, zdaję sobie sprawę, że gdyby nie nacisk na opowieść, ta gra wyglądałaby zupełnie inaczej. Jednak jako osoba zwracająca dużą uwagę na projekt rozgrywki nie znalazłem tutaj zbyt wiele interesujących rzeczy. Druga część serii jest pod tym względem lepsza (ma więcej elementów maskujących pustkę), ale też za bardzo rozwlekła. 

The Last of Us nie jest także arcydziełem czy dziełem sztuki z innego powodu. To populistyczny produkt, skierowany przede wszystkim do mas. Widać to we wszechobecnej zachowawczości, w projekcie rozgrywki i scenariuszu, które nie stawiają odbiorcy zbyt wysokich wymagań. Jako gra nie wybiega naprzód pod względem rozwiązania problemu dysonansu ludonarracyjnego – a przez formę jest on tu nawet jeszcze bardziej dotkliwy. W samej rozgrywce to tytuł wręcz zacofany. TLoU wypada tylko przyzwoicie – i nie stawiałbym tej pozycji obok najlepszych dzieł ze świata wirtualnej rozrywki.

Może Cię zainteresować:

Komputronik Gaming Google News
Mój pierwszy wybór to wszelkiej maści gry zręcznościowe, ale dobrym RPG (zwłaszcza japońskim) również nie pogardzę. Bawi mnie wszystko poza typowymi grami sportowymi. Filmy również aktywnie zabierają mi czas, podobnie jak muzyka.
Dziękujemy, że przeczytałeś cały artykuł. Jak go oceniasz?
4/5 - (23 głosy)

Czytaj Więcej


Czytaj NANO