Starfield może być porażką. Obawiam się, że będzie tak nudny jak Skyrim

| autor: Tytus Stobiński | Przeczytasz w 6 minut
Zwiększ rozmiar tekstu
Starfield może być porażką. Obawiam się, że będzie tak nudny jak Skyrim

Gry RPG najpewniej nigdy nie stracą na popularności. O ile fani strategii czasu rzeczywistego czy przygodówek point & click musieli czekać, by ich ulubione gatunki powróciły w chwale, tak wszyscy gustujący w wielkich, bogatych w zawartość światach wypełnionych intrygującymi historiami mogą spać spokojnie. Tegoroczne lato również nie daje nam chwili wytchnienia, ponieważ po niesamowitym Baldur’s Gate 3 za rogiem czeka już kolejna duża premiera – Starfield, czyli pierwsza nowa marka Bethesdy od wielu, wielu lat. Czy odniesie ona sukces? Po doświadczeniu Skyrima nie jestem tak pozytywnie nastawiony.

Starcie tytanów – Starfield vs Baldur’s Gate 3

Po spędzeniu kilkunastu godzin w wydanym niedawno Baldur’s Gate 3 niejako narodziłem się na nowo – jako gracz ponownie zakochany bez pamięci w erpegach. I nie mówię tu jedynie o tych klasycznych, przedstawianych w rzucie izometrycznym pozycjach, pamiętających czasy studia Interplay, dysków twardych o pojemności 6 gigabajtów i żonglerki płytami podczas zmiany lokacji. Mam na myśli cały gatunek, który przez lata zdążył, owszem, ewoluować, ale również uprościł swoje mechaniki i budowę do (czasami) granic możliwości.

Baldur’s Gate 3 postawiło poprzeczkę bardzo wysoko.
Baldur’s Gate 3 postawiło poprzeczkę bardzo wysoko.

Okres między sierpniem a wrześniem to starcie dwóch zupełnie innych podejść do gatunku RPG. I choć belgijskie Larian Studios przyspieszając premierę swojego najmłodszego dziecka, ewidentnie chciało uniknąć bezpośredniego, krwawego pojedynku, to patrząc na wylewające się z każdego zakątka internetu opinie na temat Baldur’s Gate 3 – raczej nie miało się czego obawiać.

Trzecią część otoczonego kultem cyklu docenia niemal każdy, kto miał z nią styczność. Bogactwo, jakie oferuje ten tytuł, pokazuje jasno, że nawet w 2023 roku można stworzyć grę, która bez problemu pochłonie nas na przynajmniej 100 godzin, nie serwując przy tym fedexowych zadań pokroju oczyszczenia piwnicy ze szczurów czy zebrania dziesięciu krzaków ziół z pobliskiej kniei. W Baldur’s Gate 3 każda historia angażuje, stawia pytania i w zależności od klasy oraz rasy naszej postaci – proponuje inny finał.

Kim jesteś i dokąd zmierzasz, kosmiczny wędrowcze?

Taki stan rzeczy sprawił, że zacząłem z niepokojem myśleć o nadciągającym z prędkością światła Starfieldzie. W mojej głowie pojawiła się myśl, świdrująca w niej niczym mały młot pneumatyczny – co to będzie, gdy się nie uda? Bethesda od wielu lat podąża stałą ścieżką, jeśli chodzi o tworzenie kolejnych części swoich flagowych serii. To gry coraz prostsze pod względem oferowanych mechanik, stawiające na dynamiczną akcję i rozgrywkę dla każdego. Przystępność to drugie imię zadań – wiemy, jak należy je wykonać i gdzie znajduje się cel naszej podróży.

Skyrim pozostawiał wiele do życzenia, zwłaszcza w dniu premiery.
Skyrim pozostawiał wiele do życzenia, zwłaszcza w dniu premiery.

Gdyby więc brać pod uwagę same fakty, to trudno na ich podstawie założyć, że zmierzający na konsole i desktopy Starfield wprowadzi zmiany do filozofii tworzenia gier amerykańskiego studia. Wyniki sprzedażowe w ostatnich 12 latach udowodniły, że Todd Howard i spółka doskonale wiedzą, co zrobić, by zarobić i zaangażować społeczność graczy. Tylko czy naprawdę mamy czym się fascynować? Wydany w 2011 roku The Elder Scrolls V: Skyrim był produkcją pełną błędów. I tak, z zamysłem i pełną świadomością nie użyłem tu angielskiej kalki „bugi”, ponieważ te w grach Bethesdy były, są i co oczywiste – będą. Mam natomiast na myśli błędy powstałe jeszcze na początku procesu produkcyjnego, takie, które wraz z każdym kolejnym miesiącem tworzenia wżerały się w tkankę z pozoru niezłej rozrywki.

Doskonale pamiętam moment pierwszej walki i zawód, jaki wywołał we mnie cały jej tzw. feeling. Było to podczas wyprowadzania pierwszego ciosu oraz przy okazji następnych ataków w kierunku mojego przeciwnika, którego postawa okazała się praktycznie niezachwiana. Niezależnie od rodzaju założonego pancerza czy dzierżonej w dłoniach broni – oponenci niczym treningowe kukły zginali się w jedną ze stron, pojękiwali z lekka i wracali do pozycji wyjściowej. Fizyka starć w Skyrimie wołała o pomstę do nieba, pamiętała czasy początku nowego millenium i wydawała się zwyczajnie nie na miejscu w produkcji z tak ogromnym budżetem. A przypomnę tylko, że w 2011 roku ukazało się m.in. Dark Souls, za sprawą którego FromSoftware pokazało, jak w erpegach powinny wyglądać dobrze zrealizowane pojedynki.

Bethesda, Bethesda never changes – The Elder Scrolls VI: Starfield

A przecież problemów było dużo, dużo więcej. Uproszczenie rozgrywki pod kątem dostępnych umiejętności, sprowadzenie sensu zadań do bezsensownego biegania od punktu A do punktu B i dostarczenie nam najnudniejszego wątku głównego w historii serii. Mógłbym tak długo wymieniać, ale żebyśmy się źle nie zrozumieli – gry amerykańskiej korporacji potrafią wciągnąć na setki godzin. Twierdzenie, że jest inaczej, byłoby zakłamaniem rzeczywistości. Tylko czy wpływa to jakkolwiek na fakt, że zarówno Fallout 3, Skyrim, jak i Fallout 4 to gry, które po prostu nie zasługiwały na wysokie oceny oraz pieśni pochwalne?

Jedno trzeba przyznać Bethesdzie – konstruuje wielkie, pełne swobody światy.
Jedno trzeba przyznać Bethesdzie – konstruuje wielkie, pełne swobody światy.

Bez wątpienia Bethesda potrafi tworzyć rozległe, otwarte światy, w których najważniejszym źródłem narracji jest sam gracz. To właśnie my, trzymający w dłoniach kontrolery i myszki, budujemy prawdziwie wartościową linię narracyjną – nie sam produkt dostarczony przez dewelopera. I choć chciałbym, żeby sprawy przy Starfieldzie wyglądały inaczej, to trudno mi wierzyć, że to właśnie wraz z najobszerniejszym w historii studia z Rockville światem otrzymamy najbardziej doszlifowane tło fabularne oraz najmniejszą liczbę irytujących błędów.

Zwyczajnie logika nie pozwala mi w ten sposób myśleć – i nie, to nie kwestia sympatii lub jej braku w stosunku do twórców. Należę do osób, dla których Morrowind był, jest i będzie dziełem wiekopomnym, do którego od lat regularnie wracam. Na tle nieco infantylnie heroicznego Obliviona i spłyconego Skyrima trzecia część The Elder Scrolls to opus magnum twórców i kamień milowy dla całej serii

Wcale nie pluję na Starfielda, jak niektórzy z Was być może pomyśleli. Nie mógłbym, ponieważ tej grze kibicuję od pierwszej zapowiedzi. Lubię tematykę podróży kosmicznych, samotne wędrówki po bezkresnych terenach, kreowanie własnej postaci i swobodę. Nie będę jednak potrafił spokojnie patrzeć na Starfielda, jeśli okaże się kolejną kopią schematów, którymi Bethesda karmi rynek gier wideo od wielu lat. 

Starfield jest top secret 

Cieszy mnie, że opisywany w początkowych linijkach Baldur’s Gate 3 ukazał się właśnie teraz. Owszem, to inna produkcja, zarówno w kwestii rozgrywki, jak i samego settingu czy nawet filozofii tworzenia gier. Wciąż jednak to reprezentant tego samego gatunku, który w sposób idealny robi niemalże wszystko. Nie chodzi przy tym na skróty, nie szuka wymówek i nie skupia się na bzdurach pokroju przedpremierowej zapowiedzi nic niewartych dodatków, przepustek sezonowych czy monetyzacji pracy moderów – rzeczach istotnych od dłuższego czasu dla Todda Howarda i spółki. 

Starfield to gra, o której nie wiem nic konkretnego.
Starfield to gra, o której nie wiem nic konkretnego.

W miejscu konkretnych szczegółów, którymi pewny sukcesu i pełen pasji deweloper po prostu dzieli się z graczami, przy Starfieldzie jest zbyt dużo niewiadomych. Wciąż nie wiemy, jak w grze o kosmosie wyglądać będą planety, jak zostały zbudowane, czy większość powstała przy zastosowaniu prostej procedury, czy może też mamy do czynienia z nieco ciekawszym algorytmem, który unicestwi nudę. Poza kilkoma wskazówkami nie dostaliśmy także informacji o rozwoju postaci, jakiegoś choćby szczątkowego zarysu opowiadanej w grze historii czy jednego z mnóstwa detali, którymi „największa gra w historii studia” z pewnością jest naszpikowana.

Nie oczekuję, że twórcy powiedzą mi przed premierą wszystko, ale w momencie, gdy nie mówią mi w zasadzie nic, a powtarzane przez społeczność pytania puszczają mimo uszu, w głowie uruchamia się momentalnie czerwona lampka. Skoro oficjalne forum Starfielda pęka w szwach od pytań dotyczących naprawdę istotnych tematów, a administratorzy milczą, to jako gracz mam prawo być zaniepokojony. 

Final Countdown

Premiera gry już niedługo. Jestem niemal pewny, że do tego czasu deweloperzy nie zdradzą nam już niczego konkretnego. Bethesda po raz kolejny zbudowała wokół tworzonego tytułu niewyobrażalnie potężny hype, nie pokazując nam w gruncie rzeczy, na co właściwie czekamy. Wiecie, produkcje o „podróżach w kosmosie” nie mają zbyt wiele szczęścia, a jak pokazały przypadki z ostatnich 10 lat, mało która z nich jest w stanie spełnić pierwotne obietnice oraz oczekiwania graczy. Chciałbym, by w przypadku Starfielda sprawy potoczyły się inaczej, bo przecież nie ma nic lepszego w branży elektronicznej rozrywki niż angażująca, długa i dopracowana pozycja, prawda? 

Nowa gra Bethesdy może być wielką wydmuszką.
Nowa gra Bethesdy może być wielką wydmuszką.

I tak oto dotarliśmy do końca naszego kosmicznego rejsu, Drogi Czytelniku. Nie obyło się bez kłopotów i choć udało się wylądować, to radar nadal nie pokazuje tego, co znajduje się przed nami. Zastanawiając się nad trwającą latami kampanią marketingową Starfielda i sposobem jej prowadzenia, mam ochotę zadać jedno pytanie – czy leci z nami pilot? Bo jakoś nie czuję, by za sterami siedział ktoś odpowiedzialny, komu powinniśmy zaufać w niniejszym temacie.

Może Cię zainteresować:

Komputronik Gaming Google News
Pochłania ogromne ilości książek. Jest zapatrzony w kinie lat 60. i zakochany w gatunku RPG.
Dziękujemy, że przeczytałeś cały artykuł. Jak go oceniasz?
1.9/5 - (350 głosów)

Czytaj Więcej


Czytaj NANO