
Resident Evil to seria, która spopularyzowała gatunek survival horroru w świecie wirtualnej rozrywki i do dzisiaj jest jego najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem. Nawet w okresie największej konkurencji – szczególnie za czasów PlayStation 2 – marka Capcomu utrzymała pozycję lidera gatunku. A gracze mieli przecież do wyboru Silent Hill, Fatal Frame (znane w Europie jako Project Zero), Alone in the Dark czy nawet Kuon od From Software. Nie bez powodu mówi się o tym okresie jako złotej erze survival horroru.
Kiedy ma się do czynienia z serią, która niemal nieprzerwanie dostarcza co najmniej dobre gry już od 1996 roku, trudno wybrać tę najlepszą odsłonę. Tym bardziej że kolejne części zdobywały serca fanów (lub je traciły) z uwagi na różne elementy – klimat, postacie, tempo rozgrywki czy radykalne zmiany w podejściu do akcji i horroru. Spróbujmy zatem wybrać najlepsze odsłony kultowej serii Resident Evil spośród wszystkich wydanych do 2026 roku.
Oto nasza lista najlepszych gier z serii Resident Evil:
Najlepsza wersja najlepszej odsłony. Tutaj wszystko się zaczęło i w pewnym sensie także skończyło. Bo nie dostaliśmy później drugiej takiej odsłony. W przeciwieństwie do wielu późniejszych części, które coraz bardziej zwiększały skalę wydarzeń, pierwsze Resident Evil stawiało na klaustrofobiczną atmosferę i eksplorację posiadłości Spencera. To właśnie ta kameralność sprawia, że do dziś pozostaje najbardziej nastrojową odsłoną serii. Składają się na nią atmosfera osamotnienia, fenomenalna gra świateł i cieni, historie opowiadane przez kolejne pomieszczenia bez użycia słów oraz niezwykle klimatyczna ścieżka dźwiękowa.
W zestawieniu umieszczam remake, ale nie oznacza to, że oryginalna wersja jest jakkolwiek gorsza. To po prostu przykład tego, czego większość twórców zrobić nie potrafi – stworzyć absolutną wersję arcydzieła. Szkoda jedynie, że urocze aktorskie intro z oryginału zastąpiono animacją CGI. Poza tym obok oczywistych zmian w oprawie audiowizualnej Shinji Mikami wraz z zespołem Capcomu pokusił się o nowości w rozgrywce – takie jak nowy rodzaj przeciwników, nieobecne wcześniej lokacje, wątki fabularne i kilka innych niespodzianek. To wszystko razem sprawiło, że jako weteran klasycznej wersji nie mogłem oderwać się od pada i kilkukrotnie wycisnąłem z tej gry wszystko, co miała do zaoferowania. Upiorne jęki Lisy Trevor i brzęk jej łańcuchów niosących się po pustej posiadłości nadal siedzą mi w głowie.
Resident Evil 2 zachwycało od pierwszych chwil. Już samo intro powalało swoim rozmachem, a później było tylko lepiej. Stojące w płomieniach, zrujnowane i porzucone w pośpiechu Raccoon City pełne kroczących i głodnych umarlaków to obraz, którego nie sposób wyrzucić z głowy. Podobnie jak wejście na R.P.D. w akompaniamencie mrocznej muzyki w tle. Dopiero po latach dotarło do mnie, jak absurdalnym, a jednocześnie genialnym pomysłem było umieszczenie akcji w dawnym muzeum przerobionym na komisariat. Cóż, uroki gier lat 90.
W tej odsłonie pojawił się ulubieniec fanów i chyba też twórców – Leon S. Kennedy. Towarzyszyła mu Claire Redfield. 20-latek miał rozpocząć karierę policjanta, ale korporacja Umbrella miała wobec Raccoon City zupełnie inne plany. I dzięki temu otrzymaliśmy fenomenalną grę. Resident Evil 2 oferowało wszystko to, co pierwsza odsłona, ale podczas drugiego scenariusza wprowadzało również prześladowcę. To coś zupełnie nowego dla serii i element, który remake częściowo zepsuł, każąc Mr. X ścigać nas znacznie wcześniej. No i to tutaj zadebiutował absolutnie kultowy Licker, który ma jedno z najlepszych wprowadzeń w całej serii.
Wielu graczy traktuje Resident Evil 3 jako rozwinięcie pomysłów z części drugiej. I jest w tym sporo prawdy. Jill mogła wykonywać uniki oraz wykorzystywać otoczenie do walki, na przykład detonując wybuchające beczki. Pojawiły się też wybory wpływające na dalszy przebieg fabuły, podobnie jak w wydanym w tym samym roku Dino Crisis. Jedną z najważniejszych nowości był jednak uzależniający tryb Mercenaries, który dla wielu graczy stał się esencją Resident Evil po ukończeniu głównej kampanii.
Resident Evil 3 imponowało rozmachem i pozwalało znacznie dłużej eksplorować zniszczone Raccoon City, bo to właśnie na jego ulicach rozgrywała się większość historii. Największą gwiazdą pozostawał jednak Nemesis. Jego charakterystyczne „S.T.A.R.S.!” od pierwszych chwil wgryzało się w pamięć i skutecznie podnosiło poziom stresu. Do dziś pamiętam moment, gdy zrozumiałem, że przed Nemesisem nie zawsze da się po prostu uciec do kolejnego pomieszczenia.
Resident Evil 4 było kontrowersyjne. Przy pierwszym kontakcie nie potrafiłem stwierdzić, czy jest to gra na 7 – bo zbyt odchodzi od klasycznej formuły – czy może jednak na 9, bo robi to doskonale. Zostałem przy tej drugiej opcji. Nie sposób tej grze odmówić wielkości, bo przy tym, czym była pierwsza odsłona, ta stała się czymś jeszcze większym. Bo ukształtowała nie tylko gry mające straszyć, ale cały gatunek skupiony na strzelaniu w perspektywie trzecioosobowej. Jej dziedzictwo widać do dzisiaj w kolejnych produkcjach.
Mimo mocnego nacisku na akcję Resident Evil 4 wciąż potrafiło mocno zaniepokoić czy przyprawić o gęsią skórkę. Szczególnie mocno wspominam moment, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Regenaratorem. Jego gardłowe charczenie sprawiło, że musiałem sobie zrobić przerwę. Albo – kiedy w panice uciekałem przed szaleńcem z piłą mechaniczną, manewrując pomiędzy wściekłymi mieszkańcami wioski. I to zanim jeszcze poszli na bingo. Tak, Leon w tej odsłonie rzucał takimi tekstami, że nie sposób było nie parsknąć śmiechem. Były też absurdy pokroju gigantycznego posągu Salazara czy kupca, który zdawał się nosić przy sobie wyposażenie małej armii. A zarządzanie ekwipunkiem nigdy nie było tak uzależniające. I’ll buy it for a high price!
Resident Evil Requiem bardzo szybko wspięło się do ścisłej czołówki moich ulubionych odsłon serii. To gra, która z klasą połączyła wszystko, co w tej serii najlepsze. Najpierw nieźle mnie wystraszyła i zestresowała, zwłaszcza w segmentach z Grace, kiedy musiałem się kitrać po kątach, chowając się przed przerośniętą dziewczyną. A później wrzuciła w sam środek intensywnej i widowiskowej akcji, po której cały się trzęsłem (pościg na motocyklu!). I najlepsze jest to, że ten miks akcji i horroru nie sprawia wrażenia przypadkowego.
Resident Evil Requiem nie jest jednak idealne, bo ma kilka znaczących grzeszków – choć głównie w warstwie narracyjnej. Ta seria jednak nigdy nie stała fabułą, dlatego bez przeszkód można przymknąć oko na niektóre wątki. Leon ma tutaj jeszcze mocniejszą aurę, co podkreśla pierwsza scena z jego udziałem. Grace jako nowa postać spisała się świetnie, może dlatego, że nie jest awatarem tak jak Ethan. Gameplay to natomiast stary dobry Resident Evil, ale niepozbawiony nowości czy poprawek, co czuć zwłaszcza w segmentach z Leonem. Pierwszy fragment z piłą powtarzałem kilka razy, bo byłem ciekaw, co może się jeszcze tam wydarzyć.
Trochę byłem obrażony na „siódemkę”. Nie przemawiała do mnie zmiana perspektywy, klimat za bardzo pachniał mi „Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną” i „Domem 1000 Trupów”, a Ethan Winters wydawał mi się trochę za bardzo everymanem na tle poprzednich protagonistów. Nie do końca podobało mi się także to, jak zrealizowano posługiwanie się bronią palną. Jednak im dłużej grałem, tym bardziej przekonywałem się do tej odsłony.
Resident Evil VII: Biohazard na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem inną grą od klasycznych odsłon. Pod tym wszystkim, co nowe kryje się jednak gra o konstrukcji mocno zbliżonej do klasycznej trylogii. I jest to coś, co zasługuje na duże uznanie. Wspominam ją też jako jedną z najbardziej intensywnych części, a to przez Jacka Bakera, który niejednokrotnie sprawił, że kilkanaście minut przesiadywałem w bezpiecznym pokoju, czekając, aż się oddali (nie robił tego). A mimo tych wszystkich absurdów – na czele z przyklejaniem odciętej dłoni – przepadłem bez reszty. I nie mogę doczekać się, aż sprawdzę tę grę w VR – choć nie jestem pewny, czy to bezpieczne.
Do dzisiaj uważam, że Resident Evil: Code Veronica X to najtrudniejsza odsłona na pierwsze przejście. Najpewniej przez moment, w którym bez ostrzeżenia przerzucamy się na drugą postać, która zostaje z niczym, jeśli wcześniej nie zostawiło się jej przedmiotów w skrzyni. Jednak nawet jeśli się o to zadba, jest tu kilku trudnych bossów, a sama gra nieszczególnie lubi wybaczać błędy. To tutaj najczęściej cierpiałem z powodu nadmiernego zużywania amunicji albo zostawiania przy życiu zbyt wielu przeciwników. Uporanie się z tym wszystkim daje jednak sporo satysfakcji.
Resident Evil: Code Veronica X ma też jeden z najbardziej pokręconych scenariuszy w serii. I zastanawia mnie, jak zostanie to przełożone na remake, który został niedawno zapowiedziany. Bo jest tu antagonista, który brzmi jak delfin, gdy się śmieje, a także nieszczęsny Steve, którego od zawsze traktowałem jako żałosnego i nie wiem, w jakim stopniu jest to zamierzone. Jednak ma to wszystko swój urok, podobnie jak kwestie dialogowe z pierwszej odsłony. Jest tu też pewien zwrot akcji, po którym moje brwi niemal wylądowały na karku.
Resident Evil Zero to ostatnia odsłona, w której mogliśmy nacieszyć się niemal klasyczną formułą. I też jedyna, w której konieczne było samodzielne przełączanie się pomiędzy dwiema postaciami. Nie będę ukrywał, że z uwagi na to, moje pierwsze przejście tej gry było dość chaotyczne, a także wypełnione kręceniem się wielokrotnie po tych samych miejscach. Również dlatego, że zabrakło tu skrzyni na przedmioty – zamiast niej wszystko zostawiało się na podłodze albo przekazywało drugiej postaci. I jakby ktoś mnie zapytał, czy lubię tę mechanikę, to nie miałbym odpowiedzi.
Mimo tego całego biegania, a także użerania się ze zmutowanymi małpami i ludźmi-glonami Resident Evil Zero jest naprawdę świetne i zachwyca od pierwszych chwil, kiedy jako Rebecca Chambers lądujemy w pociągu. Gdyby nie remake pierwszej odsłony uznałbym, że ta część ma najpiękniejsze i najbardziej urokliwe tła w serii. Bo wiecznie zawieszałem na czymś oko – a teraz w pamięci przywołuję krople deszczu spływające po szybie. Nie ma też drugiego „Residenta”, w którym antagonista tak pięknie… śpiewa.
Wilkołaki, wampiry, muchy, gigantyczne dziecko i morderczy kombajn. Gotycki zamek, wioska, fabryka i przeciwnik ze śmigłem na głowie. Nie, nie jest to fragment innego rankingu. Po prostu twórcy Resident Evil najwidoczniej stwierdzili, że w serii jest miejsce na wszystko. I ja to kupuję. Tym bardziej że wciąż czułem, iż obcuję z tą samą marką – i podobnie jak w przypadku Biohazard, ma to związek z faktem, że pod tym wszystkim mamy klasyczną formułę (choć każda z głównych lokacji oferuje zupełnie inny rodzaj doświadczenia, trochę jak w The Evil Within).
Nawet jeśli wyjdę poza serię, jest to jedyna gra, w której przerażony na śmierć chowałem się pod łóżkiem, czekając, aż wspomniane wyżej dziecko przestanie widzieć mnie jako najlepszą zabawkę. I w niewielu tytułach zmuszony byłem chodzić tyłem, by mieć szansę na przetrwanie. Nawet podczas pierwszego kontaktu z grą Amnesia nie czułem się tak bezbronny. Kocham ją także za to, że pozwoliła mi pobiegać po tak cudownych miejscach, nawet jeśli niezbyt kojarzą się z serią – inni twórcy zaspali, więc Capcom nadrobił.
Resident Evil 5. Istny koszmar w biały dzień, szczególnie dla fana serii, który mógł być zawiedziony czwartą odsłoną. Mutanty na motorach, umięśniony Chris bijący z pięści wielki głaz, Wesker łapiący rakiety w dłoń, a także mordercze zgniłe jaja. Nie mam drugiej gry, z której śmiałem się tak mocno i od której byłem tak bardzo uzależniony. Gra się w to cudownie, szczególnie w trybie kooperacji. To jednak tu po raz pierwszy uznałem na poważnie, że seria ma problem z tożsamością. Po latach wspominam ją znacznie cieplej, podobnie jak „szóstkę”, która do rankingu nie trafiła.
Resident Evil 5 to dowód na to, że Capcom, nawet jeśli nie do końca trafi z klimatem czy kierunkiem danej odsłony, to wciąż dostarczy coś, w co chce się grać. Spędziłem przy tej grze kilkaset godzin i nigdy nie zapomnę, jak kolega się na mnie denerwował, bo nie mogłem się przyzwyczaić do faktu, że X na padzie od Xboxa 360 jest gdzie indziej niż w przypadku DualShocka – i przez to nadmiernie często widzieliśmy ekran przegranej. Nie da się też podrobić tego radosnego uczucia towarzyszącego zdobyciu najlepszej rangi za dany epizod na najwyższym poziomie trudności. To jednocześnie jedna z najlepszych i jedna z najgorszych odsłon Resident Evil.
Mogą Cię zainteresować: