
Oczekiwania były niskie, ale i tak się zawiodłem – w ten sposób można by podsumować tegoroczną odsłonę Call of Duty. Niskie – bo wieści o powrocie do futurystycznych klimatów od razu uruchomiły dzwonek alarmowy. Przecież już kiedyś seria Black Ops zabrała nas w przyszłość i nie skończyło się to dobrze. Kampania fabularna w Black Ops 3 do dziś pozostaje jedną z najbardziej kontrowersyjnych i najsłabiej ocenianych. Do tej niechlubnej kategorii wpadek dwa lata temu dołączyło Modern Warfare 3 – sklecony na szybko twór z niedoszłego dodatku do „dwójki”. I kiedy myślisz, że gorzej niż w przypadku tych dwóch produkcji już być nie może – twórcy COD-a podejmują wyzwanie i udowadniają, że to dla nich nie problem…
Black Ops 7 dostarczyło w tym roku najgorszą, najdziwniejszą, pełną najmniej pasujących do serii pomysłów kampanię fabularną, w dodatku już nie dla pojedynczego gracza, tylko w prawie wymuszonym co-opie.
Serio, jest ona tak zła i głupia, że jej przechodzenie sprawia wręcz fizyczny ból i zapewnia poczucie na zawsze straconego czasu. Ale wbrew pozorom to nie sama kampania stanowi największy problem nowego Call of Duty. Activision miało pecha, że zaledwie miesiąc wcześniej premierę miał Battlefield 6 – szybkie porównanie choćby losowego fragmentu rozgrywki daje wrażenie, jakby debiutów obu produkcji nie dzielił raptem miesiąc, tylko lata całej generacji sprzętowej.

Oczywiście można by powiedzieć, że każda z tych gier ma inne podejście do rozgrywki, oferuje nieco inne doświadczenie i nie powinno się ich porównywać, ale czy aby na pewno? Obie marki od lat „się podglądają” i wykorzystują sprawdzone u konkurenta rozwiązania. Battlefield w „trójce”, „czwórce” i „szóstce” zawarł typowe dla Call of Duty kampanie fabularne w stylu efekciarskiego filmu akcji, a CoD z Black Ops IIII zaczerpnął większą mapę i pojazdy. Poza tym są to wysokobudżetowe, sieciowe strzelanki FPP rozwijane od ponad dwóch dekad i wydawane przez dwie wiodące firmy na rynku. Więcej je łączy, niż dzieli.
Zdaję sobie też sprawę, że Battlefield 6 największe wrażenie robi destrukcją otoczenia, która nigdy nie wyglądała lepiej i bardziej widowiskowo, a której nikt w Call of Duty nie wymaga, bo nie pasowałaby nawet do formuły sieciowych meczów. Ale i po wyłączeniu z porównania niszczenia budynków Black Ops 7 wciąż wypada gorzej i przegrywa mniejszą dbałością o szczegóły, fizykę, „małą” destrukcję, czyli to, jak wyposażenie wnętrz reaguje na trafienia pociskami. Cały czas miałem wrażenie biegania po sterylnych dioramach, jak w grach z lat 90., a nie po prawdziwych, wiarygodnych miejscach. To odczucie potęguje największa mapa Avalon w trybie Endgame – totalnie pusta, martwa, jeszcze bardziej ogołocona z detali, zapewne, by zachować płynność.

Duże znaczenie ma tu wybór settingu. Futurystyczne klimaty zawsze niosą ryzyko stworzenia nijakiego, generycznego świata science fiction – i w taką właśnie pułapkę ponownie wpadli twórcy Call of Duty. Każda z fikcyjnych broni jest do siebie podobna, operatorzy zakuci w dziwne zbroje i hełmy w kształcie jajka równie dobrze pasowaliby do świata z Destiny i XXVII wieku, a tymczasem akcja Black Ops 7 toczy się przecież w 2035 roku! Czy świat i technologia aż tak się zmienią? Patrząc na to, co było w 2015 – z pewnością nie.
Poprzednia gra z serii Battlefield, której akcję osadzono w roku 2042, była pod tym względem dużo bardziej przyziemna, ale w kolejnej części i tak powrócono do znajomych czasów współczesnych. Twórcy Black Ops 7 mieli szansę zaserwować ciekawą wizję świata naprawdę niedalekiej przyszłości, jednak to wymagałoby wysiłku i kreatywności. Zamiast tego wybrano łatwą, leniwą drogę z oklepanymi do bólu motywami, przez co Black Ops 7 przypomina bardziej wysokobudżetową grę mobilną. Nie ma wyrazistego charakteru, tożsamości, jest kolejną strzelanką SF w nudnych, sztampowych lokacjach, której motywem przewodnim za chwilę staną się mikrotransakcje.

Trochę dziwiłem się, dlaczego wszystko w Black Ops 7 prezentuje się tak przeciętnie, bo przecież zaledwie kilka lat temu zachwycałem się nowościami w silniku stworzonym przez Infinity Ward i tym, jak dobrze strzela się w restarcie Modern Warfare z 2019 roku. Z ciekawości zainstalowałem ponownie 6-letniego CoD-a i różnice od razu dało się dostrzec! Jakimś cudem starsza gra wygląda i prezentuje się pod wieloma względami lepiej. Odgłosy strzałów są o wiele bardziej donośne, widać i słychać dbałość o detale, jak np. dźwięk spadających łusek. W sieci można też znaleźć filmik porównujący animacje postaci w obu grach i te w starszym Modern Warfare są znacznie dokładniejsze. W Black Ops 7 jakby pousuwano część klatek podczas poruszania się czy przeładowywania broni.
Czarę goryczy przepełnia kampania fabularna, w której karykaturalni bossowie, czy też szycie do pająków, komarów i robotów, również o wiele bardziej kojarzą się z generyczną strzelanką w klimatach SF niż z korzeniami serii Black Ops. Użycie paru nazwisk z wcześniejszych części nic tu nie zmienia i szkoda, że porzucono szpiegowskie motywy z dwóch poprzednich, całkiem zresztą niezłych, gier z tej serii. Bardzo kiepskie wrażenie robią misje stworzone jakby w pięć minut, „na kolanie”, w których wykorzystano losowy punkt na otwartej mapie trybu Endgame, gdzie trzeba iść, by chwilę postrzelać. Już raz widzieliśmy taki minimalny wysiłek – przy Modern Warfare 3 – i winą był ponoć pośpiech, niewiele czasu na ukończenie tytułu na premierę.

Wszystko wskazuje na to, że Black Ops 7 również padło ofiarą takiego małego okienka czasowego. W zeszłym roku otrzymaliśmy Black Ops 6 studiów Treyarch i Raven Software, w tym roku również te same ekipy stoją za „siódemką”. Podobna sytuacja zdarzyła się przy Modern Warfare 2 i 3 w latach 2022 i 2023 – rok po roku na rynek weszła ta sama seria. A to w dzisiejszych realiach o wiele za krótko, by stworzyć wysokiej jakości grę AAA. W Activision doskonale o tym wiadomo, bo przez lata panował tam zupełnie inny grafik. Trzy duże zespoły – Infinity Ward, Sledgehammer Games i Treyarch – pracowały nad różnymi podseriami, mając komfort trzech lat czekania na swoją kolejkę. W ten sposób Activision mogło co roku wydawać Call of Duty, a twórcy poszczególnych części mieli dość czasu na dopieszczanie swoich dzieł.
Pod wodzą Microsoftu coś tu jednak zaczęło szwankować. Porzucono trzyletni czas pracy, już drugi raz dostajemy sequel poprzedniej odsłony raptem po roku i już drugi raz taka gra mocno odstaje jakością nie tylko od konkurencji, lecz także od starszych tytułów z tej samej serii. A czy my naprawdę potrzebujemy rok w rok nowej pozycji z cyklu Call of Duty, zwłaszcza że cały czas funkcjonuje darmowy Warzone?

Dzięki dłuższym przerwom twórcy mieliby szansę przygotować coś o wiele bardziej dopracowanego, z naprawdę istotnymi nowościami, a gracze mogliby w końcu zatęsknić za kolejną produkcją. Nie licząc gier sportowych, inni wydawcy już dawno zrezygnowali z takiego tempa, najwyższy czas, by przerwać ten maraton również przy CoD-zie. Za bardzo czuć „zmęczenie materiału”. Choć jestem fanem marki od samego początku, nie chcę kolejnej odsłony za rok. Dajmy Call of Duty odpocząć, dajmy autorom czas na opracowanie czegoś dobrego.
Mogą Cię zainteresować: